Dzisiaj coraz częściej spotykamy się z wizją szczęścia, której celem samym w sobie jest subiektywny stan umysłu. Wmawia się ludziom, że mogą, a nawet powinni osiągnąć, co tylko im się zamarzy, „zrealizować swój potencjał”, jeśli będą mieć do tego odpowiednie, czytaj: pozytywne, nastawienie. Pogoń za tak rozumianym szczęściem tylko ludzi unieszczęśliwia: wpędza w poczucie winy, rozczarowuje i jest zwyczajnie niebezpieczna.

Niebezpieczna bo rwie się tkanka społeczna. Hasła typu: „Stań się najlepszą wersją siebie!”, „Podążaj za swoimi marzeniami” utwierdzają nas w przekonaniu, że bycie sobą to przyzwolenie na samowolkę. Jest to szkodliwe, bowiem ludzie realizujący swoją „autentyczność” mogą przecież chcieć krzywdzić innych. Istnieje też ryzyko, że kręcąc się wokół własnej osi, ludzie będą się coraz bardziej od siebie oddalać, a zobowiązania wobec innych – wynikające nie tylko z obopólnych korzyści, różnego rodzaju powinności – i etyka przestaną mieć znaczenie.

Dziś mamy się ciągle rozwijać i dążyć do szczęścia po to, żeby być jeszcze lepszymi, jeszcze wydajniejszymi, jeszcze bardziej kreatywnymi pracownikami, którzy są gotowi uczyć się i doskonalić przez całe życie. To jest bardzo sprytne posunięcie, bo większość ludzi naprawdę uważa, że robi to dla siebie. Nie orientują się, że największe korzyści czerpie z tego ktoś inny – system, pracodawcy.

Dążenie do szczęścia zastąpiło religię. Ludzie potrzebują wiary w coś. Dzisiaj wielu wierzy w to, że mają w sobie kompas, który wskaże im właściwy kierunek. „Kieruj się swoją intuicją”, „Rób to, co ci podpowiada instynkt”. Z tym, że ten kompas jest bardzo zawodny. Jednego dnia pod wpływem jakiejś reklamy pokazuje mi, że chcę tego, drugiego dnia, po dyskusji na Facebooku, pokazuje co innego, a kolejnego kręci się jak oszalały w kółko – chcę wszystkiego.

Człowiek, który podąża za radami takiego coacha czy innego guru, który pokazuje mu drogę do raju, staje się superwydajny, do tego ma superciało i kieruje się w życiu wyłącznie swoimi pragnieniami. Jakie to oznacza konsekwencje dla ludzkości? Przerażające. Taki człowiek nie jest już człowiekiem, tylko maszyną. Prawdziwe życie tak bowiem nie wygląda. Jest znacznie bardziej skomplikowane, surowe, pełne wydarzeń, których nie jesteśmy w stanie przewidzieć, relacji, których nie możemy kontrolować.

Większość poradników typu „Uwierz w siebie” po prostu nie działa. Albo działa, ale na krótką metę, a potem sięga się po kolejny poradnik i kolejny, desperacko szukając szybkich, cudownych rozwiązań. Dla niektórych te poradniki są jak narkotyk.

Wiele współczesnych problemów społecznych sprowadzono do wymiaru indywidualnych problemów psychologicznych. Przykładem może być bezrobocie. Kiedyś uważano je za problem strukturalny. Politycy zastanawiali się jak je zwalczać, wpływając na różne procesy społeczne, gospodarcze, na zarządzanie. A teraz? Bezrobotnym funduje się coaching. Mówi się im: „To wasz problem, że nie możecie znaleźć pracy. Musicie zmienić swoje nastawienie, myśleć bardziej pozytywnie”. Wbijanie ludzi w poczucie winy jest okropne i niczego nie rozwiązuje.

Ludzie nie nadążają za tempem współczesnego życia, co powoduje, że chorych na depresję przybywa. Jednym z charakterystycznych objawów depresji jest obwinianie siebie o wszystko – o to, że nic mi się nie udało, nie udaje i nigdy nie uda, taki jestem beznadziejny. Współczesna kultura wzmacnia takie myślenie o sobie. Zewsząd słychać ten podszept: „Nie jesteś jeszcze dość dobry, możesz być lepszy”. Ludzie tym nasiąkają. A jeśli nawet chcą zgłosić jakieś pretensje do społeczeństwa w kwestii współodpowiedzialności za ten stan rzeczy, to jest duże prawdopodobieństwo, że usłyszą od urzędników, pracowników społecznych, lekarzy, że powinni popracować nad sobą.

Współczesny świat zachęca nas też, żeby natychmiast realizować swoje potrzeby i zachcianki – jesteś głodny, zjedz, masz ochotę się napić, pij. A może czasem warto pobyć w niewygodzie? Trochę się przegłodzić? Wyjść na dwór lżej ubranym niż zwykle? Drobne niewygodny są bliższe życia niż „just do it” lub „carpe diem”. I mogą nas lepiej przygotować na te niewygody, które trudniej znosić.

Życie pełne jest zdarzeń, które są zwyczajnie kiepskie, złe i niczego nas nie uczą. Ani nas nie wzbogacają. Życie jest tragiczne, a my – krusi i śmiertelni. Warto się czasem z tym konfrontować. Na przykład żałoba nie jest ani przyjemna, ani pokrzepiająca, ale jest szalenie wymowna i potrzebna. Jest też potwierdzeniem miłości do osoby, która odeszła. Jest ludzka.

(wywiad z Svendem Brinkmannem, duńskim psychologiem i filozofem, Wysokie Obcasy Extra, kwiecień 2018)

Kategorie: Społeczeństwo