Bliskość to trwałe, wzajemne zaangażowanie emocjonalne z przewagą afektu pozytywnego. Ktoś jest dla nas ważny, my jesteśmy dla niego ważni i towarzyszą temu głownie pozytywne uczucia. Bliskość sprawdza się przede wszystkim wtedy, kiedy ktoś doświadcza cierpienia czy jest w kryzysie. Powinna się przejawiać również w emocjonalnym zaangażowaniu. Bliskość poza tym, że jest po prostu bardzo przyjemna, jest też przydatna. Dobre, głębokie relacje przyczyniają się do zachowania zdrowia, a więc przedłużają życie.

Ludzie nie zawsze doświadczają lęku przed bliskością świadomie. Jeśli najwcześniejsze bliskie relacje zapisały się negatywnie, to bliskość kojarzy się boleśnie, na przykład z zagrożeniem. Dzieciom, które doświadczyły straty (śmierć bliskiej osoby, wyjazd, rozwód) bliskość może kojarzyć się z utratą poczucia bezpieczeństwa. Być blisko to znaczy, prędzej czy później, przedwcześnie stracić ważnego człowieka. Jak się do nikogo nie zbliżę, to nikogo nie utracę.

Jest też inny rodzaj opuszczenia – gdy dziecko jest emocjonalnie pozostawione samo sobie. Nikt nie reaguje na jego strach, wstyd czy upokorzenie. Nie towarzyszy mu w tym. Nie wiąże to się z jakąś wielką patologią ani z dramatem życiowym, tylko z brakiem uważności, czułego towarzyszenia – a w rezultacie z osamotnieniem dziecka, poczuciem, że bliska relacja jest pusta, pozorna.

Z teorii przywiązania Johan Bowlby’ego i badań, które później były prowadzone, między innymi przez Mary Ainsworth, jasno wynika, że znacznie większa szanse na budowanie zdrowej bliskości w dorosłym życiu mają ci, którzy w dzieciństwie mogli ufać – mieli tzw. bezpieczny wzorzec przywiązania. Tacy ludzie idą potem w świat z poczuciem, że bliski człowiek jest z grubsza przewidywalny, nie zniknie nagle po okresie przyciągania i uwodzenia. Nie odrzuci. Nie wyszydzi. Nie upije się na ponuro-agresywnie. Można więc bez obaw angażować się w bliskie relacje. Natomiast u tych, którzy mieli tzw. pozabezpieczny wzorzec przywiązania, bliskość i lęk tak się splotły, że trudno je oddzielić. Oni mają wdrukowany wzorzec – im bliżej, tym groźniej, bo to właśnie ta najbliższa kiedyś osoba zawiodła.

Są dwa sposoby nieodpowiadania na potrzeby dziecka: niedobór (o którym już była mowa) i nadmiar, który polega na tym, że nie jest się w kontakcie z potrzebami dziecka, tylko ze swoimi: „Przytul się do tatusia. Tatuś cię bardzo kocha” – kiedy dziecko całe sztywnieje i wcale nie ma na to ochoty, zwłaszcza że przed chwilą tatuś miał atak furii. Inny wariant to zawłaszczanie życia dziecka na różne sposoby. Na przykład wymuszanie na nim, żeby realizowało ambicje rodzica. Bliskość oznacza bycie wykorzystywanym do realizacji cudzych celów, dlatego w dorosły życiu można jej unikać albo budować swoje relacje na odgadywaniu pragnień innych.

Niektórzy w bliskich relacjach się „duszą”. Im bliskość kojarzy się z wchłonięciem. Obawiają się, że w bliskim związku przestaną istnieć. Stracą swoją odrębność. Zwykle tak się dzieje wtedy, kiedy któreś z rodziców ma tendencje do tego, żeby budować z dzieckiem związek symbiotyczny. Nie widzi, że dziecko ma inne potrzeby, inaczej widzi świat, czasem na inne zdanie.

Są też układy rodzinne, gdzie wszystko robi się razem. Nie można się rozstać. W normalnym rozwoju dziecka tak się nie dzieje. Dziecko może mieć fazę ponownego przylgnięcia, kiedy na przykład zaczyna widzieć, że świat nie jest taki przewidywalny, albo obawia się, że coś złego się wydarzy, ale jeśli to trwa latami, to już musi chodzić o coś innego.

Albo te wszystkie opowieści o córeczkach, które „zawsze były najbliższymi przyjaciółkami mamusi”: tak samo się ubierały, to samo lubiły, wszędzie chodziły razem. Matka domagała się od córki najintymniejszych zwierzeń i chętnie odpłacała tym samym. Taka dziewczynka, kiedy dorośnie, może unikać bliskości, bo będzie jej się kojarzyć z całkowitą utratą intymności, albo przeciwnie – może chcieć powtórzyć to samo z partnerem, z przyjaciółką. Tylko że na taką propozycje relacji niekoniecznie będą chętni.

Bliskość, zwłaszcza ta dorosła, zakłada istnienie granic – jesteśmy odrębni, jesteśmy rożni. Na tym między innymi polega jej wartość, że mimo tych granic i różnic jesteśmy się w stanie spotkać i nawet zaciekawić innością drugiego człowieka.

Z lękiem przed bliskością jest inaczej niż z lękiem wysokości. Ludzie nie zdają sobie sprawy, że się jej boją ani że jej unikają. A jeżeli już się nawet zorientują, że brakuje im jej w życiu, to na pewno jest tak dlatego, że „świat jest zły”, „ludzie sami egoiści”, a nie dlatego, że coś jest też w nich.

Jeszcze inni dewaluują bliskość. Uważają, że nic takiego nie istnieje, wszystko da się  kupić lub wziąć siłą, a ludzie, którzy są ze sobą blisko, mają w tym na pewno jakiś interes albo są naiwni, a na pewno – godni pogardy.

Czasami kobiety, które boją się bliskości, wiążą się z osobami w ten czy inny sposób niedostępnymi, na przykład żonatymi. Jednakże przy takich wyborach może nie chodzić o lęk przed bliskością, ale o rywalizację z inną kobietą. To jest znacznie częstszy motyw w takich historiach. Kiedy wybranek czy wybranka stają się wolni, nagle się okazuje, że przestają być atrakcyjni. Tracą cały swój urok, nie dlatego, że teraz możliwa jest z nimi prawdziwa bliskość, tylko dlatego, że nie ma się już z kim ścigać, rywalizować, do kogo porównywać.

Inną strategią jest wycofanie emocjonalne. Brak dostępu do siebie. Czasem takie osoby mówią partnerowi: „Nie wiś tak na mnie. Przestań żyć moim życiem”. Nie odczytuje pytania partnera/partnerki jako ciepłego komunikatu, tylko jako inwazję, zawracanie głowy.

(Wywiad z Zofią Milską-Wrzosińską, psychologiem, psychoterapeutą, Wysokie Obcasy Extra, styczeń 2018)

Kategorie: Związki i relacje